Reklama
  • Piątek, 13 marca 2015 (14:05)

    Świadome ojcostwo

Rewolucja w rodzinie? Nowa definicja partnerstwa? Ojcowie 2015 radzą sobie z dziećmi nie gorzej niż mama. Maciej zawsze sam kąpał syna, bo czuł się w tej roli pewniej niż żona. Jacek nie wstydził się nosić syna w chuście. Darek niedawno uszył córce lalkę. Niemęskie? Nic podobnego, przecież bycie ojcem to jeden z sensów życia faceta. Dobra relacja z dziećmi sprawia, że czują się spełnieni i sprawczy.

Reklama

NAUKA CIERPLIWOŚCI

Maciej Mazur, 37 lat, dziennikarz Faktów TVN. Tata dwuletniego Stasia. Poniedziałki są „męskie”. Żona idzie do pracy, ja mam wolne, więc we dwóch ruszamy z synem na wycieczki. Ostatnio odkrył w sobie miłość do pojazdów szynowych. Kupuję bilet dzienny i jeździmy tramwajami.

Staś wygląda przez okno, zadaje pytania, cały czas gadamy, on oczywiście po swojemu. Staram się go nie pouczać, nie mówić: „tam nie idź, to zostaw”. Chcę, żeby był odważny, ciekawy świata. We dwóch przeżywamy ważne chwile, których nie pamiętam zbyt wielu z moim ojcem.

WSZYSTKO INACZEJ

Znalazłem niedawno fotografię sprzed lat. Mam na niej rok. Siedzimy z ojcem na ławce w centrum Warszawy. Z tego wniosek, że czasem się mną zajmował. Choć nie pamiętam wspólnych zabaw, wygłupów, rozmów. Jedynie niedzielne wyjścia na ciastko do kawiarni. Moje wspomnienia są typowe dla dzieci dorastających w PRL-u. Ojciec, tak jak ojcowie większości kolegów, pracował od 8 do 16, z pracy wracał zmęczony i niespecjalnie zwracał na mnie uwagę.

Mama była scenografem i pracowała też dla TVP. Z nią jako kilkulatek zwiedziłem od kulis mnóstwo warszawskich teatrów i studia na Woronicza, gdzie do zabawy dostawałem kamerę. Kiedy mama miała zlecenia poza Warszawą, zwykle zawoziła mnie do babci. Czasem słyszę, że przy wychowaniu dzieci nieświadomie powtarzamy schematy zachowań naszych rodziców. Ja próbuję dać mojemu synowi wszystko to, czego od ojca nie dostałem. I każdego dnia dorastać do tej roli.

Gdy dowiedzieliśmy się z żoną o ciąży, miałem 35 lat i nie bałem się, że maluch coś mi zabierze, przeciwnie, bardzo chciałem być tatą. Ani razu nie panikowałem, jak to będzie. Co z życiem? Z wyprawami? Kilka lat czekaliśmy na dziecko. Przez ten czas zdążyliśmy nacieszyć się sobą, pożyć, wyjechać do Australii, o której marzyliśmy.

Pewnie dlatego chętnie się zaangażowałem – nie opuszczałem zajęć w szkole rodzenia, uczyłem się przewijać, karmić, kąpać. Najpierw robiłem to nieporadnie, aż od położnej usłyszałem: „Dziecko nie jest aż tak kruche, jak się panu wydaje. Jego główka wytrzymuje silny nacisk w kanale rodnym, więc niech się pan nie boi, że ją uszkodzi”. Poczułem się pewniej.

Już na porodówce śmiało brałem syna na ręce, wprawiając w zdumienie położne. Na początku z niemowlakiem poczynałem sobie śmielej niż żona. Mój syn we wczesnym okresie wydawał z siebie pisk, który zwłaszcza w łazience trudno było znieść. Myłem go rach-ciach, żeby skrócić wrzaski. Najczęściej to ja go kąpałem. Byłem szybszy niż Joasia, bo mniej się z nim cackałem.

Po narodzinach Stasia miałem dwa tygodnie wolnego i pewnie zdecydowałbym się na więcej, gdybym mógł wziąć płatny urlop i nie martwić się o pieniądze. Na szczęście nie muszę siedzieć ośmiu godzin w biurze.

W redakcji zjawiam się o 9, wychodzę po 19. Praca jest zadaniowa, mogę ułożyć ją tak, żeby w ciągu dnia mieć dwie, czasem nawet trzy wolne godziny. Wymykałem się do syna. Żona jest właścicielką biura podróży, mogła w tym czasie pojechać do firmy. A ja chodziłem dumny z wózkiem. „Patrzcie, oto mój syn!”, myślałem.

Dzięki spacerom zrzuciłem kilka kilogramów. Od kolegów z mojego pokolenia nigdy nie usłyszałem, że takie zaangażowanie w dziecko jest niemęskie. Większość, nawet jeśli nie kąpała, to przewijała, słowem jakoś zawsze byli obecni w życiu dzieci.

RÓWNY PODZIAŁ

Krzyk, płacz, kolki. Przez pierwsze trzy miesiące Staś dał nam w kość, więc nosiłem go po domu do upadłego. Byliśmy z żoną dogadani: ja miałem dyżur do drugiej w nocy, Joasia od drugiej do rana. Działałem instynktownie. Śpiewałem patriotyczne piosenki: Wojenko wojenko, Przybyli ułani. Chyba najszybciej zasypiał przy Marszu Mokotowa. Nie za bardzo znałem inny repertuar. No może Aaa, kotki dwa, ale nudziły mnie strasznie, bałem się, że sam zasnę.

Znałem na pamięć rozkład nocnych autobusów, które słyszałem przez okno, wiedziałem, o której zaczynają lądować pierwsze samoloty na Okęciu. Czasem czułem się pokonany. Zdarzało się, że budziłem Joasię, bo po kilku godzinach noszenia Stasia, który nie przestawał krzyczeć, drętwiały mi ręce.

Dobrze zapamiętałem słowa Leszka Talki, który pisał, że po miesiącach wspólnego siedzenia z żoną nad płaczącym dzieckiem oboje wyglądali jak zombie. „Dzielcie się obowiązkami. Gdy jedno z was uspokaja malucha, drugie niech idzie na spacer”, radzili znajomi. Staraliśmy się. Już drugiego dnia po przyjeździe żony ze szpitala wygoniłem ją z domu: „Idź z siostrą na zakupy, starajmy się żyć normalnie”.

Chodziła na siłownię, spotykała się z koleżankami. W zamian dawała mi i wciąż daje wolność. Od lat mam rytuał wychodzenia co czwartek z kolegami na piwo. Gdy urodził się Staś, nie opuściłem żadnego z tych spotkań. W pierwszym tygodniu Joasia powiedziała: „Idź, masz dziś swój czwartek”.

Pilnujemy, żeby dbać o siebie nawzajem. Kiedy syn skończył trzy miesiące, zostawiliśmy go z babcią i wyjechaliśmy na romantyczny weekend w góry. Babcia pomaga nam do dziś, zostaje ze Stasiem, gdy my jesteśmy w pracy.

TO JA JUŻ SIĘ POŁOŻĘ

„Jedz to, do cholery!”, zdarza mi się krzyknąć, przyznaję. Nie jestem idealny. Wydawało mi się, że syn nauczy mnie cierpliwości, jednak myślę, że miałem jej więcej przed narodzeniem dziecka. Bo gdy siedzę przy stole z dwulatkiem, który grymasi nad trzecią rzeczą, którą mu podsuwam, zagryzam wargi, uderzam pięścią w stół albo, co gorsza, klnę, a on tego słucha.

Żona rozpieszcza, ja potrafię huknąć. Przy mnie pewnych rzeczy nie wolno. Nie pozwalam dziecku zasuwać po sklepie i zrzucać rzeczy z półek, co często widzę w wykonaniu kilkulatków. Umiem krzyknąć: „tego nie wolno!”. Dopóki syn nie umiał chodzić, miałem lajtowo. Pospacerowaliśmy – on siedział w wózku, wróciliśmy, zjedliśmy zupkę, poszliśmy spać. Mogłem w spokoju poczytać książkę albo bezmyślnie pogapić się w telewizor.

Z dwulatkiem jest inaczej, bo dochodzą humory: tego nie chcę, tam nie pójdę, nie włożę czapki. Staram się słuchać, negocjować. Zajmowanie się dwulatkiem wyczerpuje psychicznie i fizycznie, nie ma co grać chojraka. Rozumiem, że dziecko w tym wieku musi łobuzować i wyrażać swoje zdanie, bo to znaczy, że się rozwija, ale po całym dniu czuję, jakbym przebiegł maraton.

Często, gdy żona wraca wieczorem, mówię: „Kochanie, teraz ty jesz z nim kolację i układasz tory kolejki, a ja się położę”. Gdy mam chwilę dla siebie, gram na play station. Mam jedną ulubioną, wyjątkowo głupią grę, w której rozbijam głowy przeciwnikom. Włączam ją nie za głośno, żeby nie obudzić syna, i nie myślę o niczym.

WAŻNA OBECNOŚĆ

Jacek Poremba, 48 lat, fotograf. Tata jedenastoletniego franka. Od lat wstaję o 6.30, bo odwożę syna do szkoły. Lubię nasze poranki. W samochodzie włączam Trójkę. Franek dowiaduje się o świecie, słucha dobrej muzyki, pewnie dzięki temu lubi Nirvanę i Metallicę. Cieszę się, gdy wieczorem słyszę od żony: „Franek znów wciągnął mnie w dyskusję, którą zaczęliście rano”. Wychowujemy go na faceta, który ma swoje zdanie i może je przy nas wyrażać. Mnie takiego przyzwolenia brakowało.

TRUDNE WSPOMNIENIA

Mam nadzieję, że jestem dla Franka inny, niż ojciec był dla mnie. Smutne, bo chciałbym wspominać ojca przyjaciela, a nie kogoś, kto zapewniał byt, ale nie uczestniczył w naszym życiu. Takie były realia tamtych czasów, więc przez lata nie uświadamiałem sobie braku, nie sądziłem, że ta relacja mogłaby być inna. Tata był mechanikiem, ale w pewnym momencie zajął się fotografią. Dziwił się, że zamiast czytać o wywoływaniu zdjęć, eksperymentowałem w ciemni. „Nawet nie wiesz, jaki jest skład wywoływacza”, powtarzał.

Gdy po raz pierwszy wsiadł ze mną, 21-letnim, do samochodu, był zdumiony, że potrafię jeździć. Takie reakcje podcinały mi skrzydła. Dopiero gdy dorosłem, zrozumiałem, jak fajnie byłoby mieć ojca, który wysłucha, nie wytknie wad, za którym się tęskni. Intuicja, jak wychować syna, wzięła się z tej tęsknoty.

Franek urodził się, gdy miałem 37 lat. To był dobry czas, bo zaczynałem twardo chodzić po ziemi. Zakochałem się, chcieliśmy mieć z Asią dziecko. W życiu mojego ojca pojawiłem się, gdy był 23-latkiem. Grał na kontrabasie. Po moich narodzinach musiał rzucić muzykowanie i zapewnić rodzinie bezpieczeństwo. Może nieświadomie winił mnie, że zrezygnował z marzeń? Ja i moja młodsza o rok siostra najwięcej czasu spędzaliśmy z mamą. Była krawcową, szyła w domu.

Z SYNEM DO PRACY

Gdy dowiedzieliśmy się z Asią o ciąży, czułem radość, ekscytację. Ale pojawił się też strach: „Mam wolny zawód, jestem niezależny, a zaraz będę musiał wskoczyć w nowy rytm. Czy dam sobie radę?”. Byłem przy porodzie, odcinałem pępowinę. Dziś wiem, że obecność w takim momencie pogłębiła moją bliskość z synem. Ale skończyło się życie „wstaję i robię, co chcę”.

W pierwszych tygodniach zrezygnowałem z niektórych zleceń. Ale na szczęście praca daje mi dużo wolności, więc z reguły sesje zdjęciowe nie kolidowały z nowym życiem. Czasem zabierałem syna do pracy. Nosiłem go w chuście, dzięki której miałem wolne ręce, mogłem więc robić zdjęcia. W moim podejściu do dziecka było sporo luzu. A niech się ubrudzi, niech zedrze kolana.

Nie chce jeść? Zrobi to później. Raz mi wyskoczył z wózka, bo go nie przypilnowałem, ale nic się nie stało. Pamiętam, że zależało mi, by był wrażliwy muzycznie, więc włączałem mu Wariacje Goldbergowskie w wykonaniu Glenna Goulda. Zasypiał przy nich.

MĘSKI ŚWIAT

Wiedziałem, że będę lepszym ojcem, jeśli dziecko nie odetnie mnie od wszystkiego, co ważne. Jestem zakochany w Afryce, to moje miejsce. Zanim urodził się Franek, spędziłem trzy miesiące w Sudanie. Kiedy syn skończył rok, chciałem znów jechać, Asia rozumiała, że to dla mnie ważne. Wyruszyłem na miesiąc. Chciałbym powiedzieć, że byłem ostrożniejszy niż zazwyczaj, ale nie zawsze mi się udawało. Po dwu tygodniach zacząłem jednak strasznie tęsknić, skróciłem tę podróż o kilka dni.

Gdyby nie Franek, jeszcze bym został. Staraliśmy się z żoną żyć normalnie, nie odkładać wszystkiego, co ważne, na czas, kiedy syn stanie się pełnoletni. Zabraliśmy go, dwuletniego, do Indii. Część znajomych pukała się w czoło, mówili, że to niebezpieczne. My jednak wcześniej w podróżach spotykaliśmy mnóstwo par z małymi dziećmi, więc nie przerażała nas wizja wyjazdu z dwulatkiem. Po prostu musieliśmy lepiej jeść, nocować w lepszych hotelach, być bardziej ostrożni. Na miejscu wynajęliśmy samochód z kierowcą, syn siedział w foteliku i nieźle się bawił. W tybetańskim przedszkolu wsuwał ręką ryż z innymi dziećmi.

Długo marzyłem, żeby zabrać go do Sudanu. Kiedy przekonałem żonę, wyrobiliśmy wizy, kupiłem bilety. Franek miał siedem lat, był na etapie Indiany Jonesa, mieliśmy wyruszyć w męską podróż i zatrzymać się u zaprzyjaźnionych archeologów w ich domu na pustyni. Jednak w sąsiednich krajach zaczęła się arabska wiosna i nie było wiadomo, co się stanie. Nie mogłem ryzykować.

Zamieniliśmy Sudan na Sycylię. Wynajęliśmy fiata 500 i zjeździliśmy nim wyspę. Gdy dowiedzieliśmy się, że w Syrakuzach, położonych kilka godzin jazdy od naszego miasteczka, jest duże akwarium, wsiedliśmy do auta. Podróż okazała się dłuższa, niż pokazywały mapy. Zjawiliśmy się na miejscu, gdy było już zamknięte. Płacz, histeria. „No dobra, znajdziemy tu pensjonat”, powiedziałem. Kupiliśmy szczoteczki do zębów, podkoszulki. Nazajutrz czekały na nas cztery małe akwaria i kilka rybek. Franek był niepocieszony. Pojechaliśmy na Etnę.

FACECI PŁACZĄ

Przytulam syna, nie wstydzę się mówić „kocham”. To Franek jeszcze bardziej mnie otworzył. Nigdy nie mówiłem mu: „facet ma być twardy”. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że męskość to wyłącznie siła, walenie po gębach i wyładowywanie frustracji. W domu to ja jestem dobrym policjantem, który słyszy: „tato, powiedz coś mamie”, ale trzymamy z żoną wspólny front. Asia jest bardziej emocjonalna. Konflikty rozwiązuje natychmiast, dąży do konfrontacji.

Gdy oni w domu wrzeszczą, ja zamykam się w sobie. Franek też jest wrażliwcem. Ma przyjaciół, ale nie lubi nowego środowiska, obozów, zupełnie jak ja. Latami byłem chorobliwie nieśmiały, nie cierpiałem kolonii, publicznych występów. Jako ojciec starałem się nigdy nie pokazywać mu swoich słabości, przeciwnie, mówiłem o sukcesach, zabierałem na ważne sesje zdjęciowe, gdy na przykład fotografowałem noblistów w Warszawie. Ale syn jest introwertykiem. Po mnie.

Niedawno odkrył, że w Kostaryce jest hotel dla leniwców. Trafiają tam chore, poturbowane, opieka nad nimi polega na noszeniu ich i przytulaniu.

Marzy, żeby tam pojechać, więc zbiera na ten cel pieniądze. Moglibyśmy zapłacić za podróż, ale staramy się go nie rozpuszczać. Niedawno przeczytałem książkę australijskiego dziennikarza, który pozwolił synowi nie chodzić do szkoły przez rok. Przerobił z nim w tym czasie historię kina. Oglądali, komentowali, gadali o życiu. Piękna historia. Może spróbujemy w któreś wakacje? Chciałbym, żeby Franek, kiedy dorośnie, powiedział „mam w ojcu przyjaciela”.

CAŁE ŻYCIE Z DZIECIAKAMI

Dariusz Siegert, 46 lat, inżynier geodeta. Tata 18-letniego Maksa, 17-letniego Bartka i 6-letniej Róży. Sytuacja sprzed kilku dni. Przybiega córka z wykrojem szmacianej lalki i mówi: „Tato, pomóż!”. Zwraca się do mnie, bo to ja szyłem dzieciom kostiumy na bale w przedszkolu – chmurki, słoneczka. Jest wieczór. Odkładam książkę, biorę igłę, nitki i zaczynamy.

Lalka jest gotowa po trzech godzinach. Róża zachwycona, a ja idę do kuchni po wino. W domu szył ojciec, miał maszynę, podpatrywałem, jak to robi. Był dyrektorem szkoły i kierownikiem internatu. Nie było go w domu od rana do późnego wieczoru.

Mama, farmaceutka, pracowała na zmiany w aptece. Byłem najstarszy z trzech braci, więc popołudniowa opieka nad małym Pawłem spadła na mnie. Wracałem ze szkoły, odgrzewałem obiady, później sam nauczyłem się gotować. Przyprowadzałem brata z przedszkola, zabierałem na spacery, gdy podrósł, uczyłem grać w szachy. Ojcem zostałem, gdy miałem 28 lat. Nie bałem się nowej roli, może trochę braku czasu, dlatego dopóki Agnieszka była w ciąży, chodziliśmy do kina kilka razy w tygodniu. Przeczuwałem, że później będzie ciężko. Pracowałem przy budowie metra, miałem też nocne zmiany, więc podczas zajęć w szkole rodzenia zdarzało mi się przysnąć.

Najważniejsze rzeczy jednak zapamiętałem. Na przykład, żeby przed planowanym terminem porodu notować, co ile są skurcze. Zacząłem o kilka dni za wcześnie, więc do dziś trzymamy zeszyt, w którym zapisałem... 32 strony. Wiedza o skurczach, oddychaniu przydała się na porodówce. Agnieszka rodziła szesnaście godzin. Gdy opadała z sił, trzymałem ją za rękę, oddychałem, a ona powtarzała za mną.

Pierwszy miałem na rękach wszystkie nasze dzieci, każdemu odcinałem pępowinę. Płakałem za każdym razem.

W DOMU Z NIEMOWLAKIEM

Odszedłem z pracy, żeby zająć się synem. Ktoś z nas musiał, rodzice mieszkają prawie pięćset kilometrów od Warszawy, nie chcieliśmy oddawać Maksa niani. Agnieszka pracowała wtedy w telewizji, zarabiała więcej ode mnie. Gdy skończył jej się urlop macierzyński, zostałem w domu z niemowlakiem. Nie miałem z tą decyzją większych problemów. Nie słyszałem, żeby któremuś z kumpli przeszkadzało, że tak się z żoną dogadaliśmy.

Choć przyznaję, że w połowie lat 90. widok ojca z wózkiem nie był częsty. Może dlatego byłem ulubieńcem sąsiadek, sklepikarek z osiedla, pielęgniarek, które szczepiły Maksa. Patrzyły na niego i mówiły: „o, jaki śliczny synek i fajny tata”. Byłem dumny. Ale brakowało mi męskiego świata. Wyjścia na trening, zwykłej gry w piłkę. Przed narodzeniem Maksa zdobyłem brązowy pas karate, zbliżałem się do czarnego. Musiałem to zostawić. Najważniejsze było dziecko.

Osiągnięciem z tamtego czasu są tak zwane domowe maszyny proste, które ułatwiały mi życie. W drzwiach od pokoju miałem drążek do ćwiczeń, na linie żeglarskiej zawieszałem nosidełko. Przeciągałem linę do łóżka, więc mogłem leżeć i jednocześnie bujać syna. „Będziemy mieć drugie dziecko”, usłyszałem niedługo później od żony. Bartek urodził się rok po Maksie. Przy dwójce dzieci musiałem już wrócić do pracy. Trudno było nam znaleźć nianię do dwóch chłopców. Zostawała z młodszym, a starszy płakał, że nie chce iść do przedszkola.

Gdy wychodziła z nim żona, najczęściej po drodze miękła i wracali. Dlatego czasem dzwoniłem do pracy, że się spóźnię i to ja szedłem z synem. Byłem konsekwentny: „Bartek zostaje w domu, bo jest mały”, powtarzałem Maksowi. Do dziś jestem kategoryczny. Uważam, że matka kocha bezwarunkowo, jednak na miłość ojca trzeba zasłużyć.

Żona czasem mówi, że za mało chwalę nasze dzieci. Ale ja to robię, jeśli dadzą mi powód. Wychowuję twardszą ręką niż żona. Za złe stopnie nie ma internetu albo imprezy. Co niedziela chodzą z nami do kościoła. Chciałem wprowadzić dyscyplinę finansową, kieszonkowe, ale i tak żona dawała im pod cichu. „Nigdy nie będę żałował wam na książki!”, powiedziałem kiedyś, no i starszy codziennie potrafi przynieść inną. Ale dzięki temu zna się na literaturze.

Byłem przeciwny, żeby synowie w wieku szesnastu lat chodzili na koncerty, Agnieszka była bardziej otwarta. Ugiąłem się, ale zawsze po nich przyjeżdżałem, żeby nie musieli wracać nocą. Gdy chłopcy chcieli się poprzytulać, biegli do mamy. Do mnie przychodzili i przychodzą z problemami technicznymi, gdy coś się popsuje, trzeba rozwiązać sprawę w szkole.

Maks przeszedł okres buntu. Glany, skóry, długie włosy, pyskowanie. Starałem się być dla syna jak kumpel, zostawiłem sporo swobody w kwestiach komunikacji, co nie zawsze sprawdzało się w relacji ojciec – dorastający chłopiec. Wiele razy wrzasnąłem: „nie odważyłbym się tak odezwać do rodziców!”.

Choć z drugiej strony myślę, że ten brak dystansu powoduje, że synowie mają „skróconą ścieżkę”. W razie kłopotów nie będą się bali do nas zwrócić. W każdą sobotę siadamy przy stole i rozmawiamy. Tak jest, odkąd pamiętam. Chłopcy wiedzą, że w weekend mamy zarezerwowane dla nich dwie godziny, wszystko możemy przegadać. Jesteśmy dużą rodziną, nie ma mowy, żeby się chować z emocjami, coś odkładać na później.

W sobotę synowie dostają też listę z podziałem obowiązków. Wiadomo, kto odkurza, a kto gotuje. Maks, od kiedy skończył szesnaście lat, potrafi zrobić trzydaniowy obiad. Obserwował mnie i nie uważa tego za obciach, żona przekonuje go, że facet w kuchni jest bardzo na miejscu.

A Bartek? Ostatnio, gdy stanąłem na klatce schodowej, usłyszałem IX symfonię Beethovena, która zagłuszała odkurzacz. Młodszy syn sprzątał i słuchał. Fajnie. Żona twierdzi, że najsłabszy jestem w rozmowach o sprawach damsko-męskich, ale to nieprawda. Zapytałem ostatnio Maksa, czy ma problemy z dziewczyną i czy chce ze mną pogadać. Powiedział, że nie. Dałem spokój.

POWRÓT DO PIELUCH

Chciałem mieć dużą rodzinę, ucieszyłem się, gdy Agnieszka była w trzeciej ciąży. Chłopcy mieli 12 i 11 lat, było jasne, że pomogą. Byliśmy wtedy w trakcie przeprowadzki do nowego mieszania. Nagle uświadomiłem sobie, że brakuje nam jednej sypialni. Rozwaliłem ściany i przebudowałem tak, żeby Róża miała pokój. Córka mnie odmłodziła. Chodziłem z wózkiem i czułem się jak w czasach, kiedy chłopcy byli mali. Inaczej podchodzę do wychowania dziewczynki, zmiękłem. Zresztą, ona ma swoje kobiece sposoby. „Och, mój tata, jaki on mądry”, mówi i mnie kupuje.

Zanim Agnieszka zaszła w ciążę z Różą, podarowała mi pod choinkę karnet na treningi karate. Pomyślałem: „Zacznę znowu chodzić, chłopcy są już przecież duzi, wkrótce pójdą swoją drogą”. Planowaliśmy z żoną, że zaczniemy regularnie bywać w kinie, teatrze, kupimy karnet do filharmonii. Będziemy podróżować tylko we dwoje, polecimy do Paryża...

Śmiejemy się, że trzecie dziecko odsunęło nasze plany o kolejne dziesięć lat. Choć może nie wszystkie, bo udaje mi się biegać, mam za sobą dwa maratony.

BILANS

Nie poradziłem sobie z dwiema rzeczami. Nie nauczyłem synów matematyki – nie chcieli ze mną robić lekcji. W kwestiach technicznych też mają dwie lewe ręce. Maks robił remont pokoju, ściany miały być gładkie, wyszły przecierki. Przed malowaniem zdjąłem kontakty. Przez półtora roku nie przykręcił, kable zwisają ze ściany. Pytam: „Czemu tego nie zrobisz? – Bo śrubki poginęły”. Ale nie będę go wyręczał.

Niedawno zapytałem Maksa, czy w tym roku pojedzie z nami na wakacje do Szwecji. Mamy ulubione miejsce: dom blisko morza, w lesie. Syn powiedział: „Tam pojadę z wami zawsze”. Choć to wieś, w której nie ma żadnych atrakcji, a my jesteśmy zdani na siebie. Celebrujemy posiłki, gadamy, słuchamy muzyki, gramy w piłkę, a moi synowie, już stare byki, bawią się z Różą w chowanego. To chyba mój największy sukces. Potrafimy być razem.

Natalia Kuc

Więcej na temat:Nie | mama | franek | Maciej Mazur | Tata

Zobacz również

  • O depresji poporodowej u mam mówi się dużo, ale obniżony nastrój u młodego taty? Tak, to także się zdarza! Na szczęście można sobie z tym poradzić. Sprawdź jak. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.